Moja poranna rutyna

24 lutego 2021Aleksandra

Już myślałam, że nigdy nie zabiorę się do napisania tego posta. To chyba najdłuższa przerwa od bloga jaką miałam od początku jego istnienia. Nałożyło się nam kilka prywatnych spraw, zaczynając od pracy dyplomowej Michała, kończąc na pobycie w szpitalu z Franciszkiem. Na szczęście wszystko powoli się uspokaja, a ja biorę się za nadrabianie zaległości.

Już od dawna planowałam napisać trochę o mojej porannej rutynie, ale do pełni szczęścia brakowało mi kosmetyków, z których będę w stu procentach zadowolona. I ten czas właśnie nadszedł. Od miesiąca jestem absolutnie spełniona pod kątem podstawowej „wyprawki” kosmetycznej 🙂 Moja skóra chyba nigdy nie była w tak dobrej kondycji. Naprawdę!

Oczywiście nie samymi kosmetykami człowiek żyje. Oprócz omówienia mojej porannej pielęgnacji, opowiem Wam, co robię od razu po wstaniu z łóżka, co zjadam na śniadanie i jaka muzyka wprawia mnie w wyjątkowo dobry nastrój.

Przyznam się przed Wami, że absolutnie nie jestem typem skowronka. Do bycia nim, bezlitośnie zmusza mnie mój kochany synek. Co śmieszne, sową również nie jestem. O 22:00 jadę już na rezerwie, a moje oczy zaczynają przypominać o krajach dalekiego wschodu. Najwięcej pożytku jest ze mnie między 9:00, a 21:00 🙂

Z racji, że życie nie synchronizuje się z moim zegarem biologicznym, muszę radzić sobie w inny sposób. Zaraz po przebudzeniu biegnę do kuchni i nastawiam wodę. Każdy dzień zaczynam od wypicia lekko ciepłej wody z cytryną. Ugotowaną, zimną wodę mamy zawsze w czajniczku (jak na wzorowych rodziców przystało;)). Rano mieszam zimną z wrzątkiem i gotowe! Hahah, dobra, właśnie podałam Wam przepis na wodę z cytryną. Czy to znak, że czas kończyć karierę blogerki?

Tak sobie myślę, że jak w końcu dorobię się sokowirówki, to spróbuję tego kultowego soku z selera;)

Już przymierzałam się do rozpoczęcia tego akapitu zdaniem „po wypiciu wody ruszam z pielęgnacją”, ale uświadomiłam sobie, że nie pamiętam co zazwyczaj robię w pierwszej kolejności. Jem, czy idę do łazienki? Zapytałam nawet swojego męża, a jego odpowiedź brzmi „to bardzo skomplikowane pytanie”. Wspólnie doszliśmy do wniosku, że to wszystko zależy od Franciszka, ale zazwyczaj moim pierwszym wyborem jest jedzenie. Dlaczego mnie to nie dziwi…

Na śniadanie najczęściej zjadam owsiankę lub jaglankę. Na drugim miejscu uplasował się twarożek ze szczypiorkiem, na trzecim omlet, a na czwartym gotowane jajka z awokado i pomidorem. Wędlin nie jadam już od wielu miesięcy i jakoś wcale za nimi nie tęsknię.

Klasyczna, Olusiowa owsianka

SKŁADNIKI

  • około 45g płatków owsianych lub jaglanych
  • 1/2 szklanki mleka migdałowego
  • 2 daktyle
  • łyżeczka siemienia lnianego
  • 4 orzechy pecan
  • banan
  • inne, świeże owoce. Najlepiej oczywiście sezonowe, ale jak widzicie zdarza mi się pałaszować truskawki i maliny przed sezonem.
  • łyżeczka masła orzechowego lub kilka orzeszków ziemnych
  • opcjonalnie: ziarenka prawdziwej wanilii

SPOSÓB PRZYGOTOWANIA

Namaczam płatki owsiane z siemieniem lnianym na noc. Rano tylko delikatnie podgrzewam, dodając mleko migdałowe (z odrobinką pestek wanilii), i posiekane daktyle. Banana kroję i wrzucam na kilka sekund na dobrze rozgrzaną patelnię, natłuszczoną delikatnie (z pomocą ręcznika papierowego) masłem klarowanym. Jeśli mam gruszki lub jabłka to dodaję je jeszcze do garnuszka i duszę chwilkę razem z płatkami owsianymi. Maliny dzielę na dwie grupy, jedna idzie na patelnię do bananów i zamienia się w gorący mus, a druga do dekoracji 🙂 Wykładam owsiankę do miseczki. Dekoruję owocami i orzechami/masłem orzechowym.

Po śniadaniu ruszam z pielęgnacją. Nic nie pobudza mnie bardziej, niż naprzemienne prysznice. Zaczynam od ciepłej wody, stopniowo przechodzę do letniej, i na koniec do lodowatej. Najtrudniejszy jest zawsze początek, później ciało się przyzwyczaja. Wiecie, jak z morsowaniem;) Nagrodą jest jędrna, sprężysta skóra i doładowanie pozytywną energią na cały dzień. Dobrze jest od czasu do czasu dołożyć do tego peeling całego ciała. Przepis na prosty scrub cukrowy z pomarańczą podawałam Wam w tym poście „Jak dbam o siebie jesienią”. Używam go naprzemiennie z peelingiem z kawy.

Pomyśleć, że jeszcze ponad miesiąc temu wciąż błądziłam w poszukiwaniu pielęgnacji idealnej. Pytałam Was na instastories o to jakie balsamy i kremy możecie mi polecić. Najczęściej odpowiedź brzmiała SAMARITE. Zamówiłam go w wersji mini, żeby sprawdzić, czy moja wymagająca i skrajnie wrażliwa skóra go zaakceptuje. I zaakceptowała. Bardzo się z tym kremem polubiłam. Uważam jednak, że jest to produkt do zadań specjalnych. Jeśli chodzi o codzienną pielęgnację całego ciała, to zdecydowanie należę do zwolenniczek balsamowo-masełkowych konsystencji. Samarite jest zdecydowanie tłustszy niż mój ideał balsamu. Nie znaczy jednak, że jest w czymś gorszy. Absolutnie nie! Skóra jest po nim przepięknie nawilżona. Bardzo dobrze radzi sobie z mocno przesuszonymi partiami. Najchętniej smaruję nim dłonie, stopy i usta. Częsta ekspozycja na mróz w połączeniu z detergentami i środkami do dezynfekcji zmasakrowała moje dłonie. Zaczęłam kilka razy dziennie smarować je kremem Samarite i uwierzcie mi, że dosłownie po dwóch dniach moje dłonie wygoiły się w 100%. Są teraz gładkie i delikatne.

Skoro już jesteśmy w temacie balsamu do ciała to chciałabym Wam przedstawić mój numer jeden – WARMING od Phenome. Poleciła mi go moja przyjaciółka, zachwalając go pod niebiosa. Obie jesteśmy wymagające pod kątem pielęgnacji, więc jeśli już coś sobie polecamy, to nie mamy wątpliwości, że „to coś” jest absolutnie najlepsze na całym świecie (hahaha, a przynajmniej w naszych oczach takie jest). Nie zastanawiając się ani chwili, postanowiłam zamówić to cudeńko. Oczywiście również w mniejszej pojemności. Nie żartuję z tą nadwrażliwą skórą. Dobranie balsamu to dla mnie jakaś abstrakcja. Przeszłam przez dziesiątki najróżniejszych, ale 99% z nich rozczarowywała mnie już po pierwszym użyciu. Balsam idealny musi przede wszystkim: nie uczulać, bardzo dobrze nawilżać (a nie tak tylko na 15 minut) i naturalnie pachnieć. Nie lubię kosmetyków pachnących jak plastikowy owoc, albo babeczka z jagodami, polewą czekoladową i bitą śmietaną. Najchętniej wybieram kremy, które pachną orientalnie, naturalnymi olejami, albo takie, zbliżone zapachem do klasycznego mydełka Dove. Warming pachnie właśnie orientalnie. Główne nuty to mandarynka i imbir. Czyli wszystko co uwielbiam.

Ten balsam to absolutne cudeńko. Skóra po nim jest aksamitna, sprężysta i doskonale nawilżona. Dodatkowym atutem jest zapach, który przenosi nas marzeniami do orientalnego SPA.

Po nałożeniu balsamu, zaczynam pielęgnację twarzy. Wiem, że w poście brzmi to trochę jak godzinny rytuał. Uwierzcie mi, że w praktyce trwa to wszystko maksymalnie 15 minut 🙂 Inaczej Franciszek by mi tego nie darował.

Moim ostatnim odkryciem do mycia twarzy jest kultowa Pasta Chałwa od Ministerstwa Dobrego Mydła. Wciąż zadaję sobie pytanie, dlaczego nie trafiłam na nią wcześniej? Nie bez powodu ten kosmetyk zdobywa uznanie tak wielu kobiet. Czytając opinie na jego temat zastanawiałam się czy to możliwe, żeby peeling był, aż tak wybitny. Okazuje się, że tak. Ten peeling jest absolutnie najwybitniejszym specyfikiem do mycia twarzy jaki kiedykolwiek miałam. Moim zdaniem pachnie bardziej orzechami niż chałwą, ale to akurat dobrze, bo fanką chałwy nie jestem.

Pastę stosuję już ponad miesiąc. Moja cera dawno nie była w tak dobrym stanie.

Po umyciu twarzy nakładam mój ukochany od dawien dawna krem Khiel’s Ultra Facial Cream. Używam go naprzemiennie z nawilżającym CeraVe. Z obu jestem zadowolona, na tą chwilę nie potrzebuję nic zmieniać. Parę razy odchodziłam od Khiel’sa, szukając szczęścia u innych, ale ostatecznie zawsze do niego wracam. Ten krem jest ukojeniem. Ma dość lekką konsystencję, ale za to świetnie nawilża i daje uczucie komfortu przez długi czas. Następnym razem zamówię chyba 125 ml, bo za szybko się kończy.

Pod oczy wklepuję (jeśli nie zapomnę) CeraVe. Bardzo lubię tą markę za to, że ich kosmetyki są niemalże bezzapachowe. Pięknie się wchłaniają i nie pozostawiają tłustego filmu. Ponadto idealnie nadają się do skóry wrażliwej, suchej i skłonnej do alergii.

Każdy, kto zna mnie bliżej, wie jak ważna jest dla mnie muzyka. Właściwie to nie wyobrażam sobie bez niej dnia. Rano najchętniej słucham pozytywnych i ciepłych utworów. Ostatnio szczególnie przypadła mi do gustu twórczość Leona Bridges’a. Katuję nieustannie „Across The Room” – ODESZA, L.BRIDGES i chyba wszystkim znany utwór „Texas Sun” – KHRUANGBIN, L.Bridges. Doskonałą pobudkę zapewnia Purple Disco Machine (w towarzystwie Joe Killington’a i Duane Harden’a) i ich „Devil in me”. Jeśli preferujecie powolne i dłuuuugie pobudki z filiżanką kawy to koniecznie sprawdźcie „Stand Still” – Sabriny Claudio. Swoją drogą, kocham ten utwór!

Muzyczka gra, więc można zacząć…. jeść 🙂 drugie śniadanie! Zazwyczaj jem je 2,5h po śniadaniu.

Najczęściej piję koktajl, jem sałatkę, albo jakieś fit placuszki, ale ostatnio mam fazę na francuskie rogaliki z białą czekoladą Charlotte. Nie mogę się powstrzymać 🙂

Do drugiego śniadania obowiązkowo kawka z ekspresu. Koniecznie z ziaren mocno palonych. Od dawna moją ulubioną jest Vergnano. Póki co żadna jej nie dorównała.

Po porannej kawie zabieram się do pracy. Na szczęście mój mały asystent z dnia na dzień coraz bardziej rwie się do pomocy. Najchętniej uderza Przepiśnikiem o stolik i podkrada mi sznureczki. Jak tylko skończy rok, zostanie przeszkolony, obiecuję!;)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

18 + six =

Poprzedni post