Pierwszy rok w roli mamy – zbiór moich przemyśleń

25 kwietnia 2021Aleksandra

Zanim zostałam mamą, zastanawiałam się czy moje wyobrażenia o wczesnym macierzyństwie faktycznie przełożą się na rzeczywistość. Wszędzie czytałam o trudnych początkach, nieprzespanych nocach, bolesnych połogach i przede wszystkim o depresji poporodowej. Bałam się, że pomimo tego, że jestem gotowa na posiadanie dziecka, to jednak zostanę przyduszona przez własne hormony lub po prostu, przez ciężkie noce i kolki. W głębi duszy czułam, że to będzie piękny czas, ale wciąż docierały do mnie informacje w stylu „zobaczysz jak urodzisz”. Internet dosłownie pęka w szwach od jednoczenia się w trudach początków. Sporo „gwiazd” popularnych portali dodaje sobie wzajemnie otuchy. Niemal wszędzie odważnie mówi się o tym, że „każda z nas” przechodzi przez ciężki czas.

Długo się zastanawiałam czy w ogóle dodawać taki wpis. Pomyślałam sobie, że skoro tak dużo w internecie można przeczytać o trudach i ciężarach macierzyństwa, to powinnam napisać szczerze o tym, co ja czuję.

Jeszcze tydzień temu przeglądałam sobie instagram wielu znanych mam. To naprawdę piękne, że kobiety nie boją się dziś pisać o tym, że początki są trudne, że w połogu czujemy się okropnie i że pojawia się wiele nieprzespanych nocy. Brakuje mi w tym wszystkim jedynie pozytywnych treści. Nie potrafię na siłę jednoczyć się z takimi osobami, ponieważ nie miałam depresji poporodowej, nie przepłakałam ani jednego dnia, nie miałam bardzo ciężkich nocy, a nasz maluszek nie miał kolek. Połóg nie doświadczył mnie jakoś skrajnie negatywnie. I wszystko byłoby ok, gdyby nie to, że czuję się w tym jakoś samotnie. Zaczęło mnie to wewnętrznie trapić. Wręcz zazdrościłam mamom, które mogą się jednoczyć i wzajemnie pocieszać. Miałam wrażenie, że powstaje coraz więcej wpisów o tym, że początki są bardzo ciężkie. I ok, wiadomo nie od dziś, że gdy jednoczymy się bólu, to jest nam zdecydowanie łatwiej go znieś. Zastanawia mnie tylko, dlaczego cieżko jest znaleźć treści o tym, że może być po prostu dobrze? Myślę, że łatwiej byłoby wszystkim przyszłym mamom, gdyby wiedziały, że początki nie muszą być tak bardzo ciężkie. Z pewnością ktoś, gdzieś o tym pisze, natomiast dostęp do tych pozytywnych treści jest zdecydowanie trudniejszy. Osobiście nie znalazłam ich wiele.

Dlatego właśnie dzisiaj o tym piszę. Chcę, aby przyszłe mamy nie musiały nastawiać się z góry na to, że będzie ciężko. To wszystko zależy od bardzo wielu czynników. Każda sytuacja jest inna i żadnej nie można oceniać. Nie piszę tego po to, aby skrytykować te kobiety, które piszą o trudach, absolutnie nie. Chcę tylko dać Wam trochę pozytywnej energii.

Opowiem Wam dzisiaj o moim pierwszym roku bycia mamą, bez przerysowania, ani przesłodzenia. To będzie wpis prosto z serca. Będą w nim zawarte również te słabsze momenty.

Franek urodził się w kwietniu zeszłego roku. Gdy przewieźli nas już na salę to nie ukrywam, że było mi ciężko. Mój poród trwał kilkanaście godzin, więc marzyłam chociaż o chwili odpoczynku. Drżały mi ręce i nogi, właściwie to ciężko było mi przejść odcinek z łóżka do łazienki. Położna poinformowała mnie, że przez pandemię nie mogą przychodzić do sal bez ważnego powodu i wyszła. Wtedy nie wiedziałam od czego zacząć, czy mam nakarmić Frania, czy umyć się po porodzie, czy może położyć się chociaż na chwilę i spróbować usnąć. Osiemnaście godzin porodu przenosi człowieka w inny wymiar wyczerpania. Próbowałam wyciągnąć świeżą piżamę dla siebie i synka, ale nie mogłam się schylić. Postanowiłam usiąść na podłodze i nachylić się nad walizką. Z trudem udało mi się wyjąć ubrania. Umyłam się, przebrałam Frania i próbowałam przysnąć. Nie udało mi się. Wciąż byłam podekscytowana, nie mogłam uwierzyć, że nasz synek jest już na świecie. Czułam taką miłość i ogromną radość, że nie mogłam się wyciszyć. Wciąż sprawdzałam czy Franiu oddycha, czy wszystko z nim dobrze. Pomimo skrajnego zmęczenia byłam bardzo szczęśliwa.

Moje pierwsze próby przystawiania Frania do piersi kończyły się niepowodzeniem. Prosiłam położne o pomoc, ale najpierw jedna powiedziała mi, że Franiu nie będzie chciał ssać piersi, bo jest leniwy, a druga (której udało się przystawić za pierwszym razem) przewracała oczami, gdy prosiłam o ponowną pomoc. Kiedy w końcu się udało, poczułam niesamowity ból dołu brzucha. Tak intensywny, że śmiało porównałabym go tego, który towarzyszył mi w zaawansowanym etapie porodu. Niestety nikt nie mówił o tym w szkole rodzenia, uczyli nas wielu bezsensownych rzeczy, ale nie tego, że podczas pierwszych karmień macica zaczyna się obkurczać i może wywołać ciężki do zniesienia ból. Nie chciałam ruszyć Franka, żeby przypadkiem nie oderwał się od piersi, więc zaciskałam zęby z bólu, aż poczułam, że po policzkach lecą mi łzy. Później już wiedziałam, że przed karmieniem muszę wziąć tabletkę przeciwbólową. Powtarzałam sobie w myślach „dlaczego nikt mi o tym nie wspomniał?”.

Od tego momentu było jeszcze trochę bolesnych doświadczeń. Na szczęście można je policzyć na palcach jednej ręki. Wszystko tak naprawdę było do przeżycia. Początki karmienia nie należały do idealnych, ale miałam mnóstwo pokarmu z czego niesamowicie się cieszę. Dzięki położnej z „Zaufaj Położnej” nauczyłam się przystawiać Franka do piersi bardziej „na moich zasadach” 🙂 Nie bałam się już ruszyć, oprzeć i przede wszystkim pokonałam bolesny nawał. To wszystko co teraz przeczytaliście trwało zaledwie tydzień. Później z każdym dniem było już tylko lepiej i miałam w sobie coraz więcej radości i spokoju. Miłość do Frania cały czas rosła, chociaż wydawało mi się, że już bardziej kochać się nie da.

Z perspektywy czasu w ogóle nie odbieram tego czasu jako „ciężki”. To było totalnie do przeżycia, zwłaszcza, gdy patrzyło się na to urocze maleństwo. Początek macierzyństwa wspominam bardzo, bardzo pozytywnie. Od samego początku byliśmy we wszystkim razem. Michał w pełni uczestniczy w wychowaniu Franka. Nie ma czegoś takiego, że „mąż mi pomaga”. To nasze dziecko i nikt nikomu nie pomaga. Jesteśmy partnerami w każdym obszarze życia. Nigdy nie musiałam go prosić o to, aby coś zrobił. Zgraliśmy się w rodzicielstwie wręcz idealnie. Myślę, że to więcej niż połowa całego sukcesu. Gdybym była w tym bardziej osamotniona, to bez wątpienia byłoby mi dużo ciężej. Właśnie dlatego niesamowicie podziwiam samotnych rodziców.

Nigdy nie miałam poczucia, że bycie mamą coś mi odebrało. Ostatnio na ten temat fajnie wypowiedziała się Kasia Tusk. Macierzyństwo nie musi oznaczać jakiejś izolacji od życia. Wcale nie trzeba rozmawiać tylko o dziecku, wysyłać każdej koleżance po 30 zdjęć naszych „bombelków”. Higiena tego życia w dużej mierze zależy od nas i od tego co jest dla nas ważne. Dla każdej z nas macierzyństwo ma zupełnie inną definicję i to jest jak najbardziej w porządku. Powstało jednak zbyt dużo stereotypów, które są nacechowane bardzo negatywnie. Pokuszę się o stwierdzenie, że są krzywdzące. Dla mnie macierzyństwo to najpiękniejsza rzecz, jaka mnie w życiu spotkała. Jestem wdzięczna za każdą jedną godzinę spędzoną z moim synkiem. Bycie mamą to dla mnie przywilej, a nie kara. Omijam szerokim łukiem kobiety, które starają się na każdym spotkaniu narzekać na macierzyństwo. To nie fair. Jest wiele kobiet, które marzą o posiadaniu dzieci, a nie mogą ich mieć. Permanentne narzekanie działa na mnie jak płachta na byka. Dodam, że takie osoby najczęściej świadomie decydują się na powiększenie rodziny. Przecież nigdzie nie jest napisane, że będzie cały czas cukierkowo, że dzieci będą spać od 20:00 do 8:00 i same się sobą zaopiekują. Zdanie „zobaczysz jak będziesz miała swoje” usłyszałam w swoim życiu dziesiątki razy od wielu kobiet. Ani razu od momentu urodzenia Franka nie użyłam takiego stwierdzenia. Każdej kobiecie, która nie ma jeszcze dziecka, ale ma w planach je mieć, powiedziałabym dziś bez wahania, że to wspaniały czas. Wypełniony miłością, uśmiechem i ogromną ilością wzruszeń. Uczący pokory, zrozumienia i tego, że świat nie jest czarno-biały.

Kobiecość po porodzie się nie zmienia, jedynie dojrzewa i rozkwita. Nie ma konieczności rezygnowania z pasji, ani z rozwoju osobistego. Nie trzeba zaszyć się w pieluchach i zaganiać męża do roboty. To są jedynie stereotypy, które nie wiem dlaczego, strasznie opanowały nasz kraj. Odpalając telewizję śniadaniową można posłuchać materiałów zatytułowanych np. „jak ojcowie radzą sobie z obowiązkami”, a w treści takich wywiadów wciąż padają stwierdzenia „wspaniały mąż, bo pomaga przy dziecku”. Wciąż tworzy się jakąś wyimaginowaną otoczkę, że ojcowie są niepełnosprawni i nie potrafią zmienić pieluchy, a kobiety siedzą w domu i robią wszystko przy dziecku. A jeśli mężczyzna pomaga to znaczy, że kobieta ma go całować po stopach. Za każdym razem łapiemy się z Michałem za głowę. On jest młodym ojcem i nie przejawia żadnej z cech, które są przypisywane ojcom. Powiem więcej, kobiety z mojego bliskiego otoczenia mają równie zaradnych mężów. Nie muszą zmuszać ich do opieki nad dzieckiem. Wydaje mi się, że te czasy są już dawno za nami. Coraz więcej mężczyzn świadomie podchodzi do ojcostwa i wspólne wychowywanie dziecka daje im poczucie szczęścia i spełnienia. A to tylko umacnia ich męskość. Dla nas zawsze priorytetem będzie rodzina i uczucia, które są między nami. Jeśli kiedykolwiek praca uniemożliwi nam dbanie o nasze więzi to bez zastanowienia, będziemy robić wszystko, aby ją zmienić.

Ten rok dostarczył mi tak wiele radości, że nie jestem w stanie ich wszystkich zliczyć. Bardzo dużo nauczyłam się o samej sobie, poznawałam siebie w całkowicie nowych sytuacjach, odczuwałam całkowicie nowe emocje. I absolutnie nie uważam, że posiadanie dziecka to wczasy i same słodkie chwile. Regres snu, ząbkowanie, pierwsze infekcje, to nie są przyjemne rzeczy. Ani razu jednak nie poczułam się przytłoczona posiadaniem dziecka. Byłam wewnętrznie gotowa na to, że przyjdą cięższe dni. Pewnie pomyślicie „no tak fajnie, ale nie u każdego jest tak różowo”. Owszem, są przeróżne sytuacje i tak jak pisałam wyżej, nie można oceniać żadnego człowieka pochopnie. Ja piszę jedynie o swoich odczuciach i o swoich emocjach. Pomyślałam, że opowiem Wam jakie emocje siedzą głęboko we mnie. Zaczęłam się zastanawiać czy ktoś jeszcze ma podobne przemyślenia, czy mogę przybić z kimś piątkę? 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

3 + 18 =

Poprzedni post Następny post